„To nie świat jest okrutny, to Oni.
Zniszczmy Okrutników, dobrze? Razem.”
Słowa Willow wciąż tkwiły w mojej pamięci
i powracały każdej nocy. Budziłam się, ledwo łapiąc oddech. Jej odejście było
tylko i wyłącznie winą Okrutników. Zabrali mi ją, a potem zmienili w jedną z
nich. Biedna Willow. Nikt nawet nie dał dziewczynie wyboru.
Podniosłam się z pryczy i poszłam do
kuchni. Matka, jak zwykle ubrana w białą sukienkę do kolan, stała przy blacie
szafki i przygotowywała śniadanie dla całego Domu. A trzeba by wspomnieć, że
Dom tak naprawdę nie był mieszkaniem, a dzielnicą.
Podmiasto Okrutników dzieliło się na trzy części – Dom, który cechowała biel, Ogród ubierający się w zieleń oraz Łąkę mającą mienić się różem. Okrutnicy stwierdzili, że w ten sposób łatwiej będzie im nas podporządkować. Bunt uważano za zniewagę, co było najgorszym Grzechem. Za zniewagę zwisało się z Wieży Buntowników. Wielu ludzi, którzy nie wytrzymywali ostrego rygoru, rzucało się stamtąd. Widziałam na własne oczy jak Sam, brat Willow, wspiął się na sam szczyt i skoczył... Jego zakrwawione ciało zostało sprzątnięte (dosłownie) w ciągu kilku minut.
W Podmieście Okrutników panowały surowe i niezmienne od lat zasady. Główna z nich zakazywała rozmów i innych, jakichkolwiek kontaktów Ogrodu z Łąką, ponieważ Okrutnicy sądzili, że róż gryzie się z zielenią. Nam, Domowi, pozwalano na więcej. Mogliśmy raz do roku odbyć podróż do Siedziby, nie musieliśmy unikać reszty dzielnic. Kolejne zasady dotyczyły zachowania wszystkich mieszkańców Podmiasta. Za co otrzymywało się karę śmierci, za co obcinano język, za co włosy, za co łamano nogi, za co ręce i tak dalej. Każdy musiał znać je wszystkie.
Moja mama miała za zadanie dzisiejszego
ranka przygotować ponad sto osiemdziesiąt kanapek. Sama. Dlaczego? Ponieważ tak
mówiły zasady. A nie chcąc stracić jakiejś części ciała, trzeba było się im
podporządkować.
Na stole stało dwanaście talerzy
zapełnionych kanapkami. Jako że minęła ósma, czyli godzina pobudki Domu, przez
drzwi co chwila przechodził ubrany na biało człowiek, brał kromkę chleba
posmarowaną grubą warstwą topionego sera, po czym opuszczał mieszkanie, nie
powiedziawszy nawet słowa „dziękuję”. Głupie zasady.
– Dzień dobry – przywitałam się,
opierając o szafkę.
– Dzień dobry, Shichirobei – odezwała się
chłodnym głosem mama. Spojrzała na mnie kątem oka i ciężko westchnęła. – Idź
się przebrać, nim ktokolwiek cię zobaczy.



To jest komentarz próbny do postu trzeciego, bo przy drugim nie ma nic i czuję się smutno, kiedy jest tam tak pusto :c Nie to, żebym się starała, no gdzież. DDDD: No, ale mniejsza o to, prawda?
OdpowiedzUsuńChciałabym tu napisać jakiś poemat, ale po co? I tak nikt tu nie wchodzi i nie czyta moich próbnych postów, chociaż są super piękne i wiele wnoszą do obcych żyć :cccc
Odpowiedź pierwsza do komentarza. No bo mi się nie chce iść tak w dół i w dół, i w dół... Yaaaawn.
UsuńPim, pam, poooom. Po prostu chciałam wiedzieć, jak wygląda, gdy odpowiedzi jest więcej, dlatego piszę tu coś jeszcze. xD
Usuńjoł joł jał kiedyś też bendem robic takie ladne czuda :P
UsuńDzięki, Sarcia. XD
UsuńJa kiedyś Ci wreszcie w tej 1/301 dorównam i będę tworzyć tak zajebiste szablony i opowiadania, buahaahahah1!!
UsuńNo siema ( ͡° ͜ʖ ͡°)
OdpowiedzUsuńHahaha, co Ty tutaj robisz, Ru. xD
Usuń